O autorze
Warszawiak rodem i z przekonania, ale z nie jednego pieca chleb jadł. Olsztyn go wychował, Triest tchnął w niego ducha, a Berlin ukształtował jako bystrego obserwatora rzeczywistości. Lubi podróżować autokarem i jeść golonkę w małej restauracji przy berlińskiej Schönholzer Straße.

Agencja ratingowa: Niemcy mogą zbankrutować

Amerykańska agencja ratingowa Egan-Jones obniża rating Niemiec z AA- do A+ i ogłasza, że bankructwo tego kraju to całkiem możliwy scenariusz. Niepokojące sygnały napływają też z renomowanej Standard and Poor's. Przed kilkoma dniami agencja obniżyła ratingi kilku niemieckich landów. Według premiera Bawarii Horsta Seehofera jest to „znaczący sygnał ostrzegawczy, którego Europa nie może zignorować”.

W opinii agencji Egan-Jones bankructwo Niemiec to nie pomysł rodem z science-fiction. Republika Federalna wzięła na siebie zbyt duży ciężar finansowania programów pomocowych dla Europy. Inne kraje są jej dłużne ok. 700 miliardów euro. Tylko połowa tej sumy wydaje się być możliwa do odzyskania. „Nie pojmuję kto wpadł na pomysł, że Niemcy są w stanie wydobyć z kłopotów cała strefę Euro nie narażając przy tym własnej granicy kredytowej” powiedział „Welt am Sonntag” szef i współzałożyciel agencji Sean Egan.



Niemiecka gazeta przypomina, że Egan-Jones zasłynęła obniżeniem ratingu banku Lehman Brothers na wiele miesięcy przed jego bankructwem. Poza tym o wiele wcześniej niż konkurencja rozpoznała ferment na amerykańskim rynku nieruchomości. Egan-Jones nie należy do wielkiej trójki amerykańskich agencji ratingowych Standard and Poor's, Moody's i Fitch, ale w Stanach ma swoją renomę.

Szef Egan-Jones uważa, że rynki błędnie oceniają przyszłą zdolność kredytową Niemiec. Po uwspólnotowieniu długu w ramach Unii Europejskiej wypłacalność nawet tak stabilnej gospodarki jak Niemcy stoi pod wielkim znakiem zapytania. Sean Egan twierdzi, że pociąg niemieckiej gospodarki wykolei się, jeśli władze tego kraju skapitulują pod naciskiem krajów domagających się kolejnych transz niemieckich dopłat.

Parę dni temu agencja Moody's obniżyła rating Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej ze „stabilnego” na „negatywny”. Prognoza ratingu kredytowego Niemiec, Holandii i Luksemburga również uległa degradacji. Jakby tych policzków wymierzonych w Niemcy było mało, Moody's obniżyła ocenę kilku niemieckich landów: Badenii-Wirtembergii, Bawarii, Berlina, Brandenburgii, Nadrenii Północnej Westfalii i Saksonii-Anhalt. Dostało się też takim gigantom jak Deutsche Bahn i Deutsche Flugsicherung. Ich rating również określono jako „negatywny”.

Niemcy łapią się za głowę. Uczestnictwo w kolejnych programach pomocowych dla Grecji to od miesięcy główny temat debaty publicznej. Na łamach „Passauer Neue Presse” premier rządu Bawarii Horst Seehofer apeluje o wyciągnięcie wniosków z tej sytuacji: „Kto pomoże lekarzowi kiedy on sam będzie potrzebował interwencji medycznej?”. Według premiera Bawarii w interesie Europy nie leży obciążanie Niemiec koniecznością ponoszenia większości wydatków na fundusze stabilizacyjne.

Eksperci studzą te niepokoje. „Wypłacalność Republiki Federalnej jest szacowana najwyżej od czasów jej powstania. Rynki nie mogą okazać Niemcom więcej zaufania niż teraz” - powiedział „Saarbrücken Zeitung” ekonomista Peter Bofinger. W jego opinii inwestorzy nie znajdą lepszej alternatywy do lokowania pieniędzy niż Niemcy. Takie kraje jak Japonia, Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania mają o wiele większy deficyt budżetowy.

Publiczne kwestionowanie wypłacalności państw może mieć dla nich fatalne skutki. Poziom emocji związany z publikacjami kolejnych raportów agencji ratingowych jest jak najbardziej zrozumiały. Gospodarka Niemiec nie jest studnią bez dnia. Pompowanie miliardów euro w kolejne pakiety pomocowe dla Europy znacząco odbija się na jej kondycji. Wciąż bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie: „jeśli nie Niemcy to kto?”. Pozycja tego kraju jako najbardziej wiarygodnego partnera finansowego w Europie wydaje się być niezagrożona jeszcze przez długi czas.
Trwa ładowanie komentarzy...